Filmoteka
Czarna owca
14 lipca 2008, Wasiński Sławomir
Licząc owieczki...Czego może spodziewać się publiczność po filmie inspirowanym takimi tytułami jak Martwe zło, Zły smak czy wreszcie Martwica mózgu? Odpowiedzi jest wiele, pewnikiem natomiast duża ilość przemocy i krwi (czyt. keczupu). W debiucie reżyserskim Jonathana Kinga przeciwnikiem człowieka nie jest zombie, inny zmutowany człowiek, cyborg czy inne ustrojstwo - jest to (nie)zwyczajna owca, Czarna owca.
Akcja dzieje się w Nowej Zelandii. Po latach na rodzinną farmę przyjeżdża Henry Oldfield. Już od początku pobytu czuje, że dzieje się tam coś złego. Henry jest nękany przez chorobę, która objawia się irracjonalnym strachem przed owcami, a związana jest z zagadkowym wypadkiem jego ojca w przeszłości. Brat Henry'ego - Angus, stał się "nowoczesnym" farmerem, pragnącym spłacić brata i przejąć całą farmę. Sprawy przybierają zupełnie inny obrót, gdy dotąd potulne owieczki zaczynają atakować i brutalnie ranić okolicznych mieszkańców.
Wskutek inspiracji wczesnymi obrazami Petera Jacksona i Sama Raimiego, debiut Kinga nie mógł wyglądać inaczej. Po seansie ma się bardzo ambiwalentne uczucia. Reżyser chciał poruszyć kilka kwestii, jednak udało mu się to dość średnio.
Próba uderzenia w stereotypowe postrzeganie Nowej Zelandii, w znacznym stopniu się powiodła. Zamiast standardowego wyobrażenia zielonych łąk (na których pasą się stada owiec), pięknych krajobrazów, krainy "mlekiem i miodem płynącej", otrzymujemy łąki, po których biegają krwiożercze bestie zabijające i zjadające ludzi. Sielankowy obraz zostaje zupełnie zburzony.
Niestety, pytanie o miejsce inżynierii genetycznej w dzisiejszym świecie przechodzi bez echa. Cały czas nasilający się dylemat czy należy poprawiać wytwory natury jest tylko pretekstem do widowiskowego pokazania tego, co może stać się gdy człowiek zacznie krzyżować geny. Szkoda również, że humor, mimo jego sporej ilości, jest na tak niskim poziomie. Przeważnie występują tutaj elementy humoru słownego, również "toaletowego", dlatego miejscami ma się wrażenie, że serwuje się nam "egzotyczną" wersję Strasznego filmu.
Nie sposób przemilczeć faktu, iż za efekty specjalne jest odpowiedzialna ekipa Weta Workshops, twórcy efektów do trylogii Władca pierścieni. I właśnie dzięki nim film został obdarzony bardzo realistycznymi efektami. Ataki owiec i transformacje pogryzionych ludzi są kapitalnie pokazywane, trzeba też nadmienić, że z wielką dozą brutalności (na tyle dużą, że w niektórych krajach obraz otrzymał wysokie kategorie wiekowe lub został ocenzurowany).
Reasumując, więcej tutaj cech ujemnych niż dodatnich, dlatego zachęcam tylko fanów gatunku, którzy na pewno będą mogli znaleźć coś dla siebie. Pozostałym proponuję wybranie innej pozycji w repertuarze, bo licząc owieczki można szybko zasnąć...
Wskutek inspiracji wczesnymi obrazami Petera Jacksona i Sama Raimiego, debiut Kinga nie mógł wyglądać inaczej. Po seansie ma się bardzo ambiwalentne uczucia. Reżyser chciał poruszyć kilka kwestii, jednak udało mu się to dość średnio.
Próba uderzenia w stereotypowe postrzeganie Nowej Zelandii, w znacznym stopniu się powiodła. Zamiast standardowego wyobrażenia zielonych łąk (na których pasą się stada owiec), pięknych krajobrazów, krainy "mlekiem i miodem płynącej", otrzymujemy łąki, po których biegają krwiożercze bestie zabijające i zjadające ludzi. Sielankowy obraz zostaje zupełnie zburzony.
Niestety, pytanie o miejsce inżynierii genetycznej w dzisiejszym świecie przechodzi bez echa. Cały czas nasilający się dylemat czy należy poprawiać wytwory natury jest tylko pretekstem do widowiskowego pokazania tego, co może stać się gdy człowiek zacznie krzyżować geny. Szkoda również, że humor, mimo jego sporej ilości, jest na tak niskim poziomie. Przeważnie występują tutaj elementy humoru słownego, również "toaletowego", dlatego miejscami ma się wrażenie, że serwuje się nam "egzotyczną" wersję Strasznego filmu.
Nie sposób przemilczeć faktu, iż za efekty specjalne jest odpowiedzialna ekipa Weta Workshops, twórcy efektów do trylogii Władca pierścieni. I właśnie dzięki nim film został obdarzony bardzo realistycznymi efektami. Ataki owiec i transformacje pogryzionych ludzi są kapitalnie pokazywane, trzeba też nadmienić, że z wielką dozą brutalności (na tyle dużą, że w niektórych krajach obraz otrzymał wysokie kategorie wiekowe lub został ocenzurowany).
Reasumując, więcej tutaj cech ujemnych niż dodatnich, dlatego zachęcam tylko fanów gatunku, którzy na pewno będą mogli znaleźć coś dla siebie. Pozostałym proponuję wybranie innej pozycji w repertuarze, bo licząc owieczki można szybko zasnąć...
Komentarze
Starsze artykuły
Rozrywka
Bejbis
17-letnia Shirley marzy o studiach. W tym celu dorabia jako opiekunka do dziecka. Zauroczona ojcem jej podopiecznego ulega mu, nawiązują...
Imprezy
Limitowana edycja Bombay Sapphire
Gin Bombay Sapphire świętuje 250 rocznicę utworzenia receptury, według której wytwarzany jest od 1761 roku. Aby uczcić ten niezwykły...



